Rozdział IX
20/11/2009 23:37:02
Do domu wracałam sama. Kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego dostałam od ojca krótką notatkę, że matka wyjechała na jakąś konferencję do Norwegii, zaś on sam ma ważne spotkanie z producentem magicznych gadżetów. Między wierszami wyczytałam, że to w końcu jakiś ważny krok w jego odradzającej się czarodziejskiej karierze, on jednak nigdy się z podobnych przypuszczeń nie zwierzał. W sumie wiedziałam o nim bardzo niewiele.
Teraz, mając za sobą męczącą jazdę Błędnym Rycerzem, obładowana bagażami stanęłam w końcu w korytarzu. Nic się tu nie zmieniło, ale wcale nie czułam się, jakbym wróciła do domu. Nigdy nie miałam okazji przywiązać się do kolejnych lokum, które zajmowaliśmy. W samym tylko okresie mojej nauki w Hogwarcie przeprowadzaliśmy się dwa razy, a przy mojej powolnej aklimatyzacji wciąż jeszcze czułam się tu obco. W końcu spędzałam tu jedynie wakacje, często z resztą przebywając poza domem, choćby u rodziców Lincolna. Nie, absolutnie nie byłam przywiązana do tego miejsca.
Pootwierałam wszystkie okna, by przewietrzyć dom i nawiązawszy obiecujący romans z łazienką, przez długie minuty zmywałam z siebie gorącą wodą cały pot i łzy. Każdą minutę w Hogwarcie. Bezlitośnie parzyłam swoją skórę, licząc na to, że zapomnę o Jacobie, o Potterze i tym, co mówił Steven. Spokojnie stałam pod prysznicem wśród kłębów pary i próbowałam myśleć o niczym. Powoli nawet mi się to udawało.
Postanowiłam sprawić nieco radości Bąblowi i mimo że wiedziałam, jak troskliwie opiekuje się nim mały Nikki, poszłam na długi spacer z uwiązanym na smyczy uradowanym kundlem.
- O, wróciłaś! - zaskoczył mnie dziewięcioletni sąsiad, gdy właśnie dotykałam klamki, gotowa za moment skryć się w kuszącej otchłani mieszkania po wyczerpującym spacerze. - Ale
cool!
- No... tak - odparłam. - Wróciłam.
- Jaa, i teraz jesteś już prawdziwą czarownicą? - spytał z podnieceniem takim tonem, jakby pragnął, żeby dowiedziało się o tym całe Forty Hill.
- Ciszej! - syknęłam natychmiast, rozglądając się wokół i jednocześnie próbując utrzymać Bąbla, którego największą ambicją na obecną chwilę było włożenie Nikkiemu pyska między nogi.
- Oj, dobra już, dobra - powiedział z dziecięcym lekceważeniem. - A jak myślisz, kiedy mi przyślą list? - spytał, wciąż nie odrywając oczu od mojej twarzy. Poczułam się jak jakiś starożytny eksponat w muzeum pełnym miłośników sztuki.
- Jak skończysz jedenaście lat - odparłam bez zastanowienia.
- Czyli... już za rok! - prawie wyskoczył w powietrze.
Przez moment był nieco zbity z tropu moim brakiem entuzjazmu, ale nie miał problemu z dalszymi tematami do rozmowy.
- Podobały ci się moje figurki? - pytał dalej z niesłabnącym ożywieniem.
- O tak, były śliczne - skłamałam.
- Też tam byłaś - pochwalił się dumnie i natychmiast wlepił we mnie baczne spojrzenie, czy na pewno to zauważyłam. - Wiedziałaś, że to ty, prawda? - spytał naburmuszony. - Bo mama się śmiała, że sam święty by nie zgadł.
Z trudem udało mi się stłumić wybuch śmiechu, kiedy przypomniałam sobie wielką sztukę Nikkiego - tamtą komiczną figurkę z modeliny z czerwoną plama w miejscu włosów i wierzgającymi nogami.
- Pewnie, że rozpoznałam - pocieszyłam chłopaka, udając, że poprawiam Bąblowi obrożę, by ukryć uśmiech.
- No! - wykrzyknął zadowolony z siebie chłopiec.
Zaraz się pożegnałam i szybko skryłam się w domu, jednak dopiero gdy dokładnie zamknęłam drzwi pozwoliłam sobie na potężny wybuch śmiechu.
W domu czekał już na mnie plik listów dostarczonych przez sowy. Zawsze mnie zdumiewało, jakim cudem te magiczne stworzenia tak szybko orientują się w lokalizacji adresata.
Cześć Laura! - pisała Zosma, jakby już po tych kilku godzinach brakowało jej mojej obecności.
Co powiesz na to, żeby wpaść do mnie w następny weekend? Będzie śmiesznie! Co prawda Stacy i Millie nigdzie się nie wybierają, ale mam plan, żeby wysłać je na noc do koleżanki, więc mamy chatę tylko dla siebie. Może jeszcze kogoś zaprosimy!
Co Ty na to? Spytaj rodziców i daj szybką odpowiedź. Moi się zgodzili, z resztą są teraz w Peru i nie zamierzają wracać przez jakiś czas. Odezwij się!
Całuję
Zosma
Musiałam przyznać, że propozycja wydawała się bardzo kusząca. Co prawda weekend w towarzystwie Millie i Stacy, bliźniaczych sióstr Zosmy, jakoś mało się mi uśmiechał, ale przyjaciółka obiecała, że spróbuje się ich pozbyć. Tak, pomysł coraz bardziej przypadał mi do gustu, zwłaszcza, że wakacje rysowały się w moim przypadku raczej dość ponuro. Nie przewidywałam żadnych wyjazdów, prócz wizyty u rodziców Linca. Brakowało pieniędzy, szczególnie, że tata rozkręcał nowy biznes, z mugolskiej pensji mamy natomiast nigdy nie starczyło na takie rzeczy jak wakacyjne wyjazdy w bardziej lub mniej urokliwe miejsca.
W drugim liście Lincoln zapraszał mnie do Doliny Godryka na coroczne obowiązkowe wakacje i pytał żartobliwie, czy Potter, którego różdżka w tajemniczy sposób znalazła się w moim posiadaniu, nie chciałby też przyjechać.
Przy okazji pozdrowienia od babci, która uznawała za całkiem naturalne słanie mi sowy prawie każdego dnia. Pomyślałam, że muszę ją odwiedzić, jak tylko pojadę do Doliny.
Poza tym jeszcze jeden list. Prawie spadłam z krzesła, gdy poznałam to znajome pismo, przypominające bazgranie sklątki.
Artur!
Hej Lora,
robię w ten weekend imprezę i pomyślałem sobie, że mogłabyś wpaść. Będą starzy znajomi i na pewno będziemy się dobrze bawić. Co Ty na to? Jakbyś się zdecydowała, weź ze sobą tą mugolską muzykę, której słuchasz, wszyscy ją lubią.
Na razie
Artur
Ze zdziwienia prawie opadła mi szczęka. Nie rozmawialiśmy ze sobą od pamiętnego spotkania przed egzaminami, kiedy to widowisko go olałam, wykręcając się pierwszą lepsza wymówką. Poza tym teraz ma dziewczynę, o czym bardzo obrazowo poinformował całą szkołę podczas balu końcoworocznego. Czego jeszcze wobec tego ode mnie oczekuje?
Z drugiej strony szybko przekalkulowałam sobie w myślach sytuację - mogłam zaszyć się w domu i pozwolić, by ominął mnie zapewne dość miły wieczór ze starymi znajomymi, albo też pokonać dumę i zjawić się w domu Artura, odbudować stare relacje (tak, przez z takim entuzjazmem obiecywałam to sobie w pociągu!). Przecież siedząc w domu będą mnie bez przerwy nachodzić męczące myśli.
Są wakacje - przypomniałam sobie. - Czas odpocząć i zrelaksować się. Tak na dobry początek przed studiami.
I czas wybrać swoją drogę życiową - przypomniałam sobie po cichu, ale pozwoliłam temu głosikowi odpłynąć w eter. Nie czas na takie poważne decyzje.
W ciągu kolejnych dni wyprowadzałam Bąbla, wpadałam z sąsiedzkimi wizytami do Nikkiego i jego mamy, pisałam hurtowe ilości listów, robiłam sobie spartańskie posiłki i sporządziłam kilka eliksirów dla wprawy. A przy tym o Jacobie i jego tajemnicy starałam się nie myśleć w ogóle. Z uporem pomijałam też w rozmyślaniach temat Stevena i podobieństwa magii wewnętrznej. O tym, co się wydarzyło w pociągu nie wiedziała nawet Zosma, choć z treści jej listów wynikało, że pragnie przewałkować każdy szczegół, kiedy znajdziemy się same w domu jej rodziców. Ta perspektywa napawała mnie lekką obawą, bo Zosma była chyba jedyną osobą, której nie chciałam okłamywać, naiwnie wierząc, że nasza świeża przyjaźń to początek wspaniałej znajomości
na całe życie, zaś wyznanie prawdy oznaczało zmierzenie się z rzeczywistością. Tego natomiast wolałam uniknąć. Wówczas mogłam cieszyć się życiem, chodzić na imprezy i spotykać się ze znajomymi. Wieść życie spokojne jak kiedyś i w ogóle nie przejmować się jakimiś mrocznymi sekretami, nawet wówczas, gdy bezpośrednio mnie dotyczyły.
W piątek wrócił ojciec, rozsiewając wokół zapach podróży, zmęczenia, ale też pewnego triumfu.
- I jak ci poszło? - spytałam niecierpliwie od progu, widząc, że sam nie piśnie słowa.
Uśmiechnął się blado pod maską wyczerpania.
- Podpisałem umowę.
Podskoczyłam z radości, prawie jak Nikki, z którego się śmiałam kilka dni wcześniej.
- Duże zamówienia? - drążyłam, nie mogąc wytrzymać w jednym miejscu. Wyobrażałam już sobie minę mamy, gdy się o tym dowie.
- Nie, póki co skromnie, ale jak dobrze pójdzie, pewnie będę musiał zatrudnić sobie pomocnika. Albo nawet dwóch.
Uśmiechnęłam się tak szeroko, że aż zabolały mnie policzki.
- To wspaniała wiadomość. Zaraz zrobię ci obiad i wszystko mi opowiesz!
Gdy jednak pół godziny później zasiedliśmy do puszystych kakaowych naleśników w sosie czekoladowym, których przyrządzanie miałam opanowane do perfekcji, okazało się, że wcale nie ma aż tak dużo do opowiadania. Tata miał podobno przedstawić tamtym czarodziejom kilka swoich propozycji, a ponieważ większość z nich przypadła korporacji do gustu, podpisali wiele obiecująca umowę.
- Czyli z tego wynika - zaczęłam z entuzjazmem - że zatrudnię pracowników to tylko kwestia czasu?
Chrząknął, ale kiwnął głową.
- Byli raczej zadowoleni z tego, co im pokazałem.
- Nic dziwnego, nawet ludziom u mnie w szkole się podobały! - powiedziałam z ożywieniem i nagle umilkłam. Właściwie podobały się Jacobowi, a jego temat nie był dla mnie specjalnie przyjemny.
Widziałam jednak, że ojciec uśmiecha się z zadowoleniem i wcale się nie dziwiłam. Podobno ostatnio praca stała się jego życiem i nawet z mamą prawie nie rozmawiał. Cały czas tylko wypróbowywał nowe zaklęcia, mikstury, czytał starożytne księgi w poszukiwaniu inspiracji i kształcił się praktycznie we wszystkich potrzebnych kierunkach. Jednak, jak widać, przynosiło to całkiem widoczne owoce.
- Wiesz już, z kimś chciałbyś współpracować? - pytałam dalej. Bardzo rzadko mieliśmy okazję ze sobą porozmawiać i z lubością chłonęłam te chwile przy drewnianym stole w kuchni. - Może Heath Laborry? Ten chłopak, którego babcia ci kiedyś polecała?
Ojciec ponownie chrząknął i poczułam, że coś jest na rzeczy. Wbiłam w niego wzrok.
- O co chodzi?
Spojrzał na mnie z lekka niepewnością, ale zaraz potem poprawił okulary na nosie i wyprostował się.
- Prawdę mówiąc, myślałem o tobie.
- O mnie? - spytałam zdumiona.
- Masz wszelkie potrzebne kwalifikacje - zaczął mówić coraz pewniej i szybciej. - Znasz transmutację, zaklęcia i numerologię, nie mówiąc już o wspaniałym poziomie eliksirów. Przydałby mi się właśnie ktoś taki, kto ma pojęcia o tym, co robię. Nie musisz się oczywiście we wszystkim orientować - ciągnął szybko, słusznie bojąc się, że mu przerwę - ale myślę, że na początek twoja wiedza wystarczy.
Siedziałam naprzeciwko niego kompletnie zaskoczona, na poczekaniu zbierając siły, by odeprzeć ten słowny atak.
- Przecież wcale nie jestem taka dobra z tych przedmiotów. Mogę ci wymienić co najmniej kilka osób z mojej klasy, które lepiej by sobie z tym poradziły.
- Nie pytam, jak w temacie czują się twoi koledzy, tylko ty. I sądzę, że doskonale się do tej pracy nadajesz.
Wyobraziłam sobie perspektywę mieszania codziennie tych samych wywarów. Ja, ze zmęczeniem na twarzy i podkrążonymi oczami, zamknięta na nieoświetlonym poddaszu w pracowni ojca, bezustannie pomagająca mu w tych szalonych pomysłach.
- Ale... przecież studia! Będę się uczyć, jak sobie wyobrażasz pogodzenie tego wszystkiego?
- Ale teraz masz wakacje, prawda?
Miał rację.
- I w dodatku mówiłaś, że szukasz jakieś pracy na sezon.
Przypomniałam sobie listy do rodziców, w których musiałam się niechcący zwierzyć z mglistych planów dorobienia sobie przez lato. I masz babo placek, jak to się kończy!
Faktycznie, coś już wcześniej na ten temat mówił. Ale odrzuciłam tę myśl, traktowałam ja raczej jako żart lub też usprawiedliwienia lenistwa w poszukiwaniu innej pracy, bo przecież teraz ojciec miał zacząć pracować
naprawdę. Produkować te gadżety dla poważnej firmy, w takim przypadku pomagająca córka, całkiem niezorientowania w wymaganiach producenta, mogła być jedynie ciężarem!
Ojciec nie poruszał jednak ponownie tematu, więc nie miałam szans wybronić się tymi argumentami, a z moim uległym charakterem zwykłe, twarde nie po prostu
nie mogło przejść mi przez usta. Z ojcem mijaliśmy się, nie zamieniając ze sobą słowa poza wrażeniami minionego dnia, skumulowanych w stwierdzeniu:
tak, mi też dobrze minął dzień.
Mama przesyłała czasem pozdrowienia z chłodnej, ale słonecznej Norwegii, wraz ze standardowym zestawem pytań, co u mnie, jak się czuję, czy dobrze jadam, czy mam już jakiegoś kolegę, czy wychodzę na dwór... czy poruszała całą masę nieistotnych kwestii. Czułam się coraz gorzej, czytając kolejne jej listy. Nie rozumiałam, dlaczego pytanie o zupę ogórkową ma być ważniejsze od kwestii szczerości wobec siebie i innych. Od problemu uciekania przed życiem.
Ale nie, najważniejsze było dla niej to, czy potrafię usmażyć kotlety i spędzam dużo czasu na świeżym powietrzu.
Nie spędzałam.
Nie jadłam dobrze. Mimo że starałam się nie myśleć o Jacobie, wmawiać sobie, że pakowanie się w podobne kłopoty to naprawdę czyste szaleństwo, nie potrafiłam odseparować sprawy Ślizgona od codziennego życia. Źle się czułam, całymi dniami przesiadując w pracowni eliksirów na dusznym i niedoświetlonym strychu. Myśli, choć nie błądzące w okolicach młodego Pottera i tego, co powiedział Steven, i tak zanurzały się w niekończących się depresyjnych rozważaniach.
Aż w końcu nadszedł dzień imprezy u Artura - do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy pójście tam to dobry pomysł. Nie miałam nic lepszego do roboty i wiedziałam, że dobrze by było opuścić dom i zrobić coś poza wyprowadzaniem psa, chodzeniem po zakupy i czytaniem książek, ale z drugiej strony nie mogłam przemóc uczucia strachu - jak po tym wszystkim przyjmą mnie starzy znajomi? Po tym, co zrobiłam z Arturem? Po tym, jak prawie bez powodu nie odzywałam się do niego przez jakiś miesiąc? Jak z dnia na dzień zrezygnowałam ze spotkań z nimi?
Będą starzy znajomi i na pewno będziemy się dobrze bawić... Nie byłam pewna, czy to rzeczywiście może dotyczyć również mnie. Nie czułam się godna ich przyjaźni, zwłaszcza, że umysł wciąż powtarzał, jak złym człowiekiem jestem. Nie miała prawa dobrze się bawić!
I nagle nie wiadomo skąd zjawiła się Zosma, dzwoniąc radośnie do drzwi. W czekoladowych oczach miała piekielne ogniki.
- Słyszałam, że idziesz na imprezę do Artura - rzuciła od razu, gdy tylko weszłam do salonu przyprowadzona przez zdumionego ojca.
- Właściwie nie jestem pewna...
- Oj, skoro już się pofatygowałam, to chyba znaczy, że idziesz?
W milczeniu poprowadziłam ją do swojego pokoju - nigdy jeszcze tu nie była. Nie czułam wewnętrznej potrzeby zapraszania znajomych do domu, w którym nie czułam się pewnie. Nigdy tak naprawdę się tu nie urządziliśmy i gołe ściany ziały pustką. Nie lubiłam tego miejsca, a jednak spędziłam tam cały przedni tydzień, prawie nie wychodząc. Zakatowana prawie na śmierć depresyjnymi myślami.
- A teraz patrz, co mam! - wykrzyknęła uradowana, moszcząc się beztrosko na moim łóżku.
I zobaczyłam, że torba kryje w sobie magiczną zawartość Ognistej Whisky. Oraz kilka innych rzeczy.
- Powiedziałam, że nie wiem, czy idę - powtórzyłam. - Poza tym jak tu trafiłaś?
- Teleportacja - Zosma radośnie wyrzuciła ramiona w górę. Mamy licencję, zapomniałaś?
- Ja nie mam - burknęłam. Na egzaminie nie byłam w stanie się skupić i oblewałam już trzy razy. Egzaminator nie mógł powstrzymać wyrazu litości na twarzy, kiedy przy trzecim podejściu przeniosłam tylko swoje paznokcie, a i tak w złe miejsce.
- Oj, nie przejmuj się, jeszcze zdasz! - powiedziała pocieszająco. - W sierpniu znowu można znowu podejść, nauczymy cię do tego czasu!
Nie byłam pewna zdolności pedagogicznych Zosmy, ale cieszyłam się, że nie zostawiła mnie z tym samą. Poza tym poczułam się znacznie lepiej - kojąca obecność przyjaciółki rozpraszała złe chmury nad moją głową i zaczynałam nawet myśleć racjonalnie.
- A właściwie co tu robisz? - spytałam. - Dlaczego Artur ciebie zaprosił?
- Specjalnie to zrobił - powiedziała radośnie.
- Przecież on cię chyba nawet nie zna... przynajmniej nie tak dobrze.
- Racja, nie zna mnie praktycznie w ogóle! Dlatego mnie zaprosił!
- Przestaję rozumieć - zmieszałam się, całkiem zbita z tropu.
- Żebym gdzieś ciebie wyciągnęła!
Zamilkłam zszokowana.
- Nie bardzo rozumiem - wybąkałam zakłopotana, rozumiejąc jednak z każda sekundą coraz lepiej.
- No wiesz, nigdzie nie wychodzisz, siedzisz sama, na pewno ci smutno... - podczas tej przemowy mina mi zrzedła.
- Co? Spiskujecie przeciwko mnie?!
- Ależ skąd - szybko pospieszyła z wyjaśnieniami. - Po prostu martwimy się. A że po wyjściu z pociągu spotkałam Artura i temat zszedł na ciebie... Pomyśleliśmy sobie, że przyda ci się trochę rozrywki...
Bezsilnie opadłam na łóżku, a w głowie wszystko mi kołatało. Czyli to nie Artur chciał mnie zaprosić, nie Artur chciał odnowić przyjaźń i zapewne wcale nie miał zamiaru dobrze się bawić, a przynajmniej nie ze mną. Czułam się oszukana - wcale nie chciał mnie oglądać na oczy. Co prawda ja też nie miałam zbyt wielkiej ochoty go oglądać, ale sam fakt rozczarowania znacznie mnie przygnębił. Poczułam się niechciana.
- Nie idę - powiedziałam twardo, prostując się. - Mam gdzieś tę ich imprezę.
- Co? - tym razem to Zosma wyglądała na całkiem zbitą z tropu. - Przestań tak mówić i idziemy!
Nie poruszyłam się.
- Nie możesz cały czas tu siedzieć!
- Jak to nie?
- Zmuszać cię nie będę, ale przyznaj się, jak często stąd wychodzisz?
Nie musiałam nawet się zastanawiać nad odpowiedzią.
- Wyprowadzam Bąbla.
Wzrok Zosmy mówił sam za siebie.
- I chodzę po zakupy - dodałam jeszcze, w marny sposób próbując się bronić.
Poczułam się nagle niebywale zmęczona, choć przecież od dawna nie robiłam niczego wymagającego wysiłku.
- Tak nie można - powiedziałam spokojnie Zosma, kładąc mi rękę na ramieniu. - Jesteś cała szara na twarzy i wyglądasz, jakbyś nie wychodziła stąd od wieków. Taka pustelnia.
Miała rację, bo tak się właśnie czułam. Pokutowałam za grzechy, nie pokutując wcale. Tchórzliwie odcinałam się od wszystkie po kolei i byłam gotowa na kolejne rezygnacje - kontakt z ojcem, przyjaźń Zosmy, przyjaźń z Arturem i resztą Puchonów...
Chociaż z Artura zrezygnowałam znacznie wcześniej, gdy jeszcze żyłam beztroskim życiem ambitnej i mądrej Krukonki, którą kłopoty omijały szerokim łukiem. Nie pozwoliłam naszej znajomości przetrwać głupiej próby, wystawiłam nas oboje.
Spojrzałam niepewnie na Zosmę - jedyną osobę, którą mój los obchodził na tyle, by pofatygowała się złożyć mi wizytę. Sprawdzić, czy jeszcze żyję w tej dusznej klitce, zatopiona w smutkach, z których nikomu się nie zwierzałam. W trumnie wykopanej w świecie żywych.
Nie potrafiłam wybaczyć sobie tchórzostwa.
- Nie przeszkadza ci, że nie chcę iść? - spytałam cicho.
Pokręciła powoli głową, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Możemy sobie zrobić babską imprezę! - powiedziała, starają się, by jej głos zabrzmiał radośnie. - Mamy już przyjaciela... - wskazała na butelkę, leżącą zachęcająco pomiędzy nami. Uśmiechnęłam się do czerwonego, iskrzącego napisu.
- Przyniosę kieliszki - zaoferowałam się natychmiast.
Jednak do imprezy nie doszło. Uznałyśmy, że kosztowny trunek można zostawić na babski weekend tydzień później u Zosmy, a kiedy przyjaciółka bardzo niedelikatnie stwierdziła, że zostaje u mnie na noc, od razu wymigałam się bólem głowy. Zaś gdy ta spojrzała na mnie z jawnym politowaniem, dodałam drugi, twardszy argument - ojciec jest zmęczony po całym dniu pracy i nie życzy sobie hałasów. Była to nawet po części prawda, bo choć przeciw takim małym imprezom nie miał raczej nic przeciwko, to niezapowiedziane wizyty raczej go nie radowały.
Tak więc pożegnałam się szybko, zostawiając pomoc Zosmy i alkohol za zamkniętymi drzwiami.
Próbowałam trochę czytać, zrobiłam sobie kolację i nawet nieco posprzątałam, ale jakoś nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Gdzieś tam Artur bawił się z Lizzy i Puchonami, gdzieś tam grała muzyka, gdzieś tam czekało na mnie inne życie.
Nie, wciąż nie wiem, jakim cudem zaopatrzyłam się w pobliskim sklepie w alkohol, pokryłam rude rzęsy czernią i metrem pojechałam do Artura. Cały czas jeszcze czuję się tak, jakbym oglądała swoje czyny niczym film, w ogóle nie mając wpływu na to, co robię. Powinnam była mieć nad sobą kontrolę, przecież byłam wtedy jeszcze zupełnie trzeźwa!
Jeszcze.
hairo
[
komentarzy 2]
Komentuj